|
|
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Że nie hula
Bitwy przetoczały się ostatnimi czasy, nie tylko na moim skromnym froncie życiowym, ale nieco bardziej ogólnie. Szczęk oręża jeszcze dźwięczy w powietrzu, trupy dogorywają, kurz, dym, zawierucha, pożoga, burza i co tam kto sobie życzy. Jeszcze nie opadło całkiem, ale z pewnością stuprocentową można stwierdzić tylko tyle, że nadeszła wiosna. Zawsze coś. Cała reszta okaże się po czasie. Na razie czekamy.
niedziela, 22 lutego 2009
Arystokracja
Kraków traktuje mnie uporczywie z lekceważeniem właściwym arystokracji. Mimo, że mieszkam tu już jakiś czas i uważam się już za tutejszego, to jednak jako wychowanek dobrego, przez Niemców zaplanowanego i rozwijanego zespołu miejskiego, nie mogę się przyzwyczaić. Na przykład: te wijące się uliczki dookoła Rynku. Kto to wymyślił? Mnie się cały czas zdaje, że ulice się krzyżują pod kątem prostym, po bożemu, więc nadal mam kłopoty z utworzeniem sobie mapy w głowie.
Lekceważy mnie również całkowitym brakiem tras spacerowych. W którą stronę idąc od Rynku by się człowiek nie skierował, to najdalej po dziesięciu minutach trafi na ruchliwą arterię. W dodatku, kiedy już się mimo tych niedogodności i wiatru w oczy uprzesz na przechadzkę, to zapomnij, człowieku, że po opuszczeniu Plant uda ci się spocząć na jakiejś ławce. Penetrując Kazimierz, moje pierwsze miejsce zamieszkania, specjalnie liczyłem ławki: dwie na Szerokiej, trzy na Brzozowej i jakieś resztki na placu zabaw przed kościołem Bożego Ciała. Swoją drogą, zniechęcanie do spacerów ma swój głęboki sens w obliczu tajemniczego celu, jaki przyświeca właścicielom kamienic, którzy rezygnują z rynien. Podobnie jak starania mające na celu odstraszyć turystów zrzucając im na głowy wielkie kawały tynku odpadające z elewacji.
Wprawdzie przy ostatniej merytorycznej kłótni z rodowitym krakusem poznałem przyczynę, dla której wzdłuż nabrzeża Wisły nie stawia się ławek: otóż podobno jest to konstrukcja budowlana, która mogłaby naruszyć umocnienia przeciwpowodziowe.
Ostatnio podjęto starania, aby jeszcze bardziej utrudnić dostęp turystom do Wawelu. I słusznie – skoro zaporowe ceny ich nie odstraszają, to trzeba uderzyć z innej strony, co nam się będzie gawiedź po komnatach zamkowych plątała i posadzki wydeptywała nasze królewskie.
Na szczęście miasto rekompensuje mi te drobne niedogodności architektoniczno-komunikacyjne w materiale ludzkim. Jest tu kilka osób, z powodu których będzie mi żal się wyprowadzić, przy założeniu, że do tego dojdzie.
Ponadto nawet z urbanistyką sobie radzę, do wszystkiego ostatecznie można się przyzwyczaić. A nawet polubić. Bo nowe miasta, których nie znamy na wylot i nie możemy się po nich poruszać z zamkniętymi oczami mają w sobie świeżość nowej znajomości. A jeśli do tego są inne niż wszystkie inne (w jakimś sensie Kraków jest właśnie taki), to nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Więc kto wie, może z tego romansu coś będzie.
czwartek, 19 lutego 2009
Podwójność
Trwa zła passa sercowa (co oczywiście nie podważa w żaden sposób mojej teorii o wysokiej jakości tego roku w stosunku do innych tej dekady). Kotek ostatecznie porzuciła swój, jak to nazywała, romans, sytuacja zrobiła się na moment kryzysowa, trzeba było spełniać zadania zapisane w kontrakcie GNP[1] i pojawić się z jakimiś procentami w płynie, celem sprawy całej obgadania. Jak wygląda taka rozmowa, chyba wiadomo, jeśli nie z doświadczenia, to przynajmniej z literatury. W skrócie: przed dotarciem do połowy płynów zawartych w butelkach snuje się jakaś taka melancholia, w okolicach połowy powinno nastąpić zmieszanie bogu ducha winnego delikwenta z błotem, a potem następuje błyskawiczna poprawa humoru i przypływ optymizmu. Nawet fakt, że koniec tego romansu był widoczny od dawna, nie zaburza jakoś specjalnie scenariusza. Podobnie jak fakt, że to co nastąpiło, było wyłącznie dopełnieniem formalności. W wyniku tych zawirowań randka-nie-randka z Seniorem do skutku nie doszła. I dobrze, bo chociaż ja jeszcze pana S. nie widziałem, to po próbach wydobycia z Kotka opisu wiem tyle, że jest w okolicach 50 i zdecydowanie nie jest George Clooney-kinda-hot. Wystarczy jak dla mnie. Nawet jeśli mam być posądzany o uprzedzenie i dyskryminację.
Z drugiej jednak strony, potem się zastanowiłem nad swoimi słowami i zobaczyłem w nich sprzeczność. Sam przecież jestem wielkim przeciwnikiem kultu młodości, który dzisiaj panuje wszędzie: od opakowań produktów spożywczych po media, że przywiązujemy zbyt wielką uwagę do estetyki, zamiast do etyki. Irytuje mnie terror kultury fitness, botoksu i liftingu oraz standardowego piękna. Zachwyciła mnie przecież (podobnie jak resztę świata) niedawna kampania wizerunkowa Dove. I skoro z takim uporem twierdzę, że życie pedała nie powinno się kończyć po trzydziestce i zastanawiam się, dlaczego tak mało ich widać i gdzie oni się podziewają, to dlaczego odmówiłem tego prawa heteryckiej mniejszości. Czyżbym tak łatwo dawał się zmanipulować?
[1] GNP – Gej Najlepszy Przyjaciel. Tak głosi obiegowa opinia popularyzowana przez kulturę Cosmo i innych takich magazynów, jednak coś w tym jest. Tyle celem rozwinięcia skrótu, natomiast skrótem myślowym, mianem GNP operuje się także w drugą stronę, używając go do żeńskiej części takiej relacji.
wtorek, 17 lutego 2009
Awaryjność systemów
Komputer mi zachorzał. Wiem, wiem, nic niespodziewanego, komputery tak mają, zwłaszcza jak nie są całkiem nowe. Jednak dla mnie jest to podwójny stres. Po pierwsze, z racji faktu, że techniką się nie zajmuję, nie rozumiem, nie chcę nawet wiedzieć, co tam pod klawiaturą laptopów się ukrywa. Ba, nawet nie wierzę w istnienie prądu, mimo ostatniego wyjaśnienia, czym on jest („prąd to prąd, z prądem trzeba ostrożnie”). Po drugie zaś, bardzo się przywiązuję do przedmiotów. Nie znaczy to wcale, że jestem jednym z tych maniackich zbieraczy kubków, aniołków z masy solnej, suszonych kwiatków, pojedynczych śrubek i wszystkich innych przydasiów. Wręcz przeciwnie, przedmiotów mam bardzo mało i jestem zapiekłym wrogiem chomikowania. Podejrzewam, że wielki i przemożny wpływ wywarła na mnie moja matka, i to z konieczności. Jest to trochę dziwne, bo fakt, mieszkaliśmy zwykle w warunkach przeraźliwej ciasnoty, ale jest to raczej normalne w tym kraju, gdzie jakiś czas temu normy mieszkaniowe na jednego człowieka były mniejsze niż powierzchnia wypadająca na jeden boks w chlewie. Z drugiej jednak strony, ta sama matka wychowała się w czarownym ustroju PRL, i ustawiczny brak wszystkiego był normą absolutną, każdą głupią śrubkę się zdobywało, a większość rzeczy produkowało się przemysłem własnym, bo na państwowy nie było co liczyć. Jednak jej zamiłowanie do niezagraconych przestrzeni musiało zwyciężyć. Nie bez znaczenia pewnie był też fakt, że przeprowadzaliśmy się regularnie i właściwie cały czas żyliśmy na walizkach, cała rodzina w końcu miała w tym wielką wprawę. Skutkiem tego moja ostatnia przeprowadzka od zera do umieszczenia rzeczy w samochodzie trwała 20 minut. Wracając do kwestii leczenia komputera. Na szczęście zostałem skierowany do uroczego, małego sklepu. Nie cierpię tych molochów, gdzie plączę się przez pół godziny pośród mikserów i suszarek, zanim dojdę do miejsca przeznaczenia, potem następny kwadrans szukam sprzedawcy, kiedy go znajdę, dowiaduję się, że on odpowiada właśnie za miksery, ale Grzegorz, ten tu, za laptopy. Tu zwykle następuje fałszywe poczucie ulgi, bo Grzegorz teraz jest zajęty niezwykle, a potem zniknie z pola widzenia. Efekt jest taki, że owszem, zapłacę prawdopodobnie nieco mniej niż gdzie indziej, ale ilość nerwów, stresów i szturchańców od rodzin z dziećmi, jakie będę musiał znieść, wyczerpie mnie na najbliższe godziny. W małym sklepiku pan (przystojny, swoją drogą), stał za ladą, nigdzie nie uciekał, obejrzał mój problem i rozwiązał go w dwa momenty. Po przeszczepie mój laptop hula, w przeciwieństwie do mnie. Zdaje się, że mój program antywirusowy się nie zaktualizował i łapie mnie przeziębienie. Zdrowia życzę.
poniedziałek, 16 lutego 2009
Równowaga w przyrodzie
Rzeczywistość pokazała kły. Pojawiły się rachunki, natomiast, pewnie dla równowagi, jaka musi być w przyrodzie, pieniądze zachowały się odwrotnie. Są też i większe problemy, egzystencjalne, można by rzec. Umówiliśmy się na randkę. To znaczy, ja się umówiłem, ale sprawa została poddana pod rozwagę całemu konsylium i decyzję wydano gremialnie, więc ta często nieznośna maniera mówienia o sobie w liczbie mnogiej jest tutaj zupełnie uzasadniona. Kilka flirtujących e-maili z panem, który miał być całkiem niegroźny jako mieszkający w Krakowie tylko połowicznie, dzieląc się przestrzennie oprócz tego na zagranicę, jakoś tak samo z siebie przerodziło się w spotkanie na żywo. Jako osobistość ostatnimi wypadami do klubów branżowych wysoce zniesmaczona, samą branżą zmęczona i rozczarowana, zamierzałem dać sobie nieco czasu oddechu i się w nic nie angażować. Jednak okoliczności, na które nie mam wpływu – faza księżyca, wilgotność powietrza, normalna praca gruczołów i poprawna dystrybucja hormonów – ewidentnie mną pokierowały i bum!, jesteśmy umówieni. Jednak mam, excusez le mot, twarde postanowienie się w nic nie angażować. Nic to, że zdjęcia Pana M. przeglądam piksel po pikselu, postanowienia dotrzymam. Jak już pisałem, paragraf 22, nie podoba mi się tak zwana branża, ale mam problem, żeby z nią zerwać. Zdaje się, że się mi maruder włączył, co jest całkowicie niezgodne z założeniami i myślą przewodnią tego bloga.
Drugi egzystencjalny problem ma Kotek, która się z kolei umówiła na nie-randkę (cokolwiek ten termin znaczy) z panem w wieku jej ojca, zwanym dalej Seniorem. Iść, nie iść, a właściwie to po co, i czy można, skoro technicznie rzecz ujmując, jej poprzedni związek nadal nie jest zakończony i rokuje pewne nadzieje (nie moim zdaniem, ale naiwne te kobiety są, że coś wspaniałego). Moje argumenty, że jakkolwiek by nie był pociągający, to jednak wchodzimy tutaj w wyższą matematykę wiekową, czyli mnożenie w miejsce odejmowania, a to źle, są zbywane oskarżeniem o dyskryminację ze względu na wiek.
Do tego, zapewne również ma to związek z jakimiś plamami na słońcu czy innymi takimi, zwiększyło się gwałtownie stężenie Mamusi w moim życiu. Na co dzień radzimy z nią sobie doskonale, jej pociąg do kontroli wszystkiego (zgodnie z przepisami Międzynarodowej Federacji Matek) jest ujarzmiony, przy wybieraniu dla mnie żony na zapas, na wypadek, gdyby mi się orientacja zmieniła (cała nadzieja w okresie przekwitania). W sumie się świetnie bawimy, poza tym zwykle jest bezpiecznie ode mnie oddzielona naturalnymi przeszkodami w rodzaju gór, rzek i mórz, a do naszego wejścia do strefy Schengen jeszcze były granice państwowe. Jednak teraz szykuje się wizytacja, inspekcja i ogólna socjalizacja. Pocieszam się myślą, że po wyjeździe matki i powrocie do normalności, życie nabiera intensywniejszych kolorów. Czego i Państwu życzę.
sobota, 14 lutego 2009
Portale (notka nieco zgryźliwa)
Internetowe szaleństwo trwa. Postanowiłem zarejestrować się na największym polskim portalu dla LGBT. Społecznościowym, jak mi się wydawało. Nie: randkowym. Przecież wiadomo, że randki z definicji odbywają się w świecie rzeczywistym. Nikt do końca nie wie, jak się wtedy zachować – podobno jest cały kodeks zasad i znaków, do których należy się uciekać. Choć może Kotek i ja nie powinniśmy tej kwestii nazbyt jednoznacznie oceniać, bo sami zapętlamy się czasami tak, że już nikt nie wie – prawda to, czy fałsz? W 24h udało mi się nawet zebrać całkiem sporo serduszek (chociaż nie jest do końca jasne, co one znaczą), kilka pochlebnych komentarzy i wymienić parę maili. Kot jest zachwycona - jestem „ciasteczkiem”, ale to średnia nowość . Jak to określiła – wyglądam jak milion dolarów na patyku. Prawdopodobnie dzięki tym stwierdzeniom uparcie twierdzę, że to ironia losu sprawiła, że się spotkaliśmy, ale w inkarnacji pedalsko-heteryckiej. Co prawda, efekt został osiągnięty dzięki zastosowaniu profesjonalnych narzędzi do fotografowania i fantastycznych lamp, ale został. Na branżowej drabinie społecznej doznałem niespodziewanego i nagłego awansu. Gdyby tak jeszcze kiedy idę ulicą, ci wszyscy ludzie rzucali mi się do stóp, chcieli rozmawiać, a nawet zostawiali mi swoje serca… Póki co, wygląda to tak: jeden mail = „podobasz mi się”, dwa maile = bądźmy razem, zaproszenie na kawę = „poudajemy chwilę, że nie chodzi o seks, a potem zapraszam do mnie”. Znajomi ze środowiska, od lat podłączeni do sieci, opowiadali mi co prawda, że internetowe znajomości są intensywne i krótkie, a spotkania, niczym zloty wampirów, odbywają się głównie w nocy. Paragraf 22 – nie mogę być poza branżą, nie chcę być w takiej branży. Pozostaje jedynie tworzyć sobie małe alternatywne światy i jakoś sobie radzić.
czwartek, 12 lutego 2009
Święty Walenty
Walentynki to niezwykle irytujące święto. Jeszcze się nie zaczęły, a już od dwóch tygodni są wszędzie. Nie ma znaczenia, po której stronie barykady jesteś w pozycyjnej wojnie single vs sparowani, zawsze musisz się jakoś ustosunkować. Gorzej niż z Bożym Narodzeniem. Jesteś w związku. Nie jest to romans, chwilowa przygoda, czy osobnik przygarnięty na zimę, coby mieć kogoś, kto będzie w długie wieczory dokładał drew do kominka, tylko związek pełną gębą (znacie, prawda?:)). Dorośli ludzie nie mogą przecie brać udziału w tej różowo - czerwonej szopce, romantycznych kolacjach w zatłoczonych knajpach, ekscytujących drinkach, serwowanych koniecznie w jakichś promocjach dla dwojga, czy innych tam paradach par. Trzeba cholerne święto zignorować, nieźle się przy tym starając. Masz romans. Z definicji walentynki was nie obchodzą, walentynki to wy macie codziennie. Zdaje się, że jest to jedyna pozycja, z której można się nimi naprawdę nie przejmować. Nie masz romansu, który dostarczałby ci stałego przypływu endorfin i nie jesteś w związku. Zalecam zebranie grupy przyjaciół (żadnych par, jak wojna, to wojna), zakopanie się pod kocami i dodanie sobie koniaczku już do porannej kawy. Wspólne oglądanie filmów nie zalecane, w każdym się jakaś szczęśliwa para plącze, telewizji nie polecamy tym bardziej, komputer z dostępem do Internetu może się okazać narzędziem szatana w przebraniu różowego, tłustego dziecka ze skrzydłami. Obawiam się, że bez tych wszystkich środków ostrożności ciężko będzie uwierzyć w to, że życie jest doskonale pomyślane, a nasze prawdziwe miłości są na wyciągnięcie ręki. Myślę, że najprostszym wytłumaczeniem popularności tego świeckiego święta jest jakiś gigantyczny spisek wielkich koncernów farmaceutycznych produkujących antydepresanty i środki uspokajające. Dowody są jasne: skoro nie ma żadnych, to tym dobitniej świadczy to o rozmiarach tego spisku. Proste.
środa, 11 lutego 2009
Bloggerzy
Wystarczyła pobieżna inspekcja najświeższych blogów niejako branżowych, żeby stwierdzić, że większość branży jest strasznie nieszczęśliwa. Gdyby sporządzić statystykę wyrazów, to zdecydowanie przeważają te z depresyjną raczej konotacją. Jak nie depresja, to samotność, jak nie samotność, to niezrozumienie, jak nie odrzucenie, to wstyd. Zarówno mnie, jak i Kotka, na łopatki położył ten post, notabene jedyny na blogu:"Jestem odrzucony przez świat chociaż nikt jeszcze o tym nie wie". Ja tam nie wiem. Nie czuję się odrzucony, coming out był całkowity, oprócz rozmyślań o seksie i miłości życia mam mnóstwo innych zajęć. Jakby na potwierdzenie tych słów, wychodzę właśnie na spotkanie z przyjacielem. Heterykiem, choć nie ma to żadnego znaczenia. Intensywnie i krótko
Precyzując pierwszą osobę liczby mnogiej: my, czyli ja i ona. Ja jestem, choć nie to jest moje najważniejsze i główne zajęcie, gejem w okolicach trzydziestki, a ona to podstawowe wyposażenie każdego szanującego się geja, czyli przyjaciółka, zwana w skrócie myślowym GNP [dżi en pi]. Skrót zostanie rozwinięty kiedy indziej. Myśl również. Kotek wpadła na plotki w jak zwykle niekonwencjonalnej dla większości ludzkości porze, ale skoro funkcjonujemy według czasu jakichś małych i nie do końca określonych wysp gdzieś na Atlantyku, to dla nas jest to całkiem normalna godzina na wszystkie zajęcia. A możemy sobie na to pozwolić, ponieważ sami regulujemy sobie czas pracy i innych obowiązków, w pobliżu oprócz nocnika jest całodobowy hipermarket, do którego wyprawy w środku nocy zwykle obfitują w ekscytujące wydarzenia i zasługują na osobną notkę. Zresztą nocna topografia miasta jest zupełnie inna od dziennej i nie mniej fascynująca. Zapewne też dorobi się osobnej notki. Być może to jest powód otwarcia bloga: niesłychanie dużo zjawisk zasługuje na notkę. Zwłaszcza, kiedy robi się wszystko, żeby żyć intensywnie. (I krótko;)). Wątek się rozpłynął, co prawdopodobnie stanie się normą i trzeba się będzie przyzwyczaić, chociaż obiecuję, że będę hamować moją skłonność do nieumiarkowanej jazdy bez kropek, wyznaczać sobie tok myślowy i przynajmniej z grubsza się go trzymać. Z prawdziwą dumą dokonania pierwszego kroku na drodze bloggera i poczuciem poczynienia małego kroku dla ludzkości, ale i tak dalej, Pt. Czytelnikom życzę kolejnego doskonałego dnia w najlepszym roku dekady. |